Emocje już nieco opadły i można z pewnym dystansem spojrzeć na dzień 3 sierpnia i wydarzenia spod Pałacu Prezydenckiego. To nie jest łatwy czas dla katolika, od dwóch dni toczę wewnętrzny bój, nie chcąc przesadzić zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Czuję potrzebę, by jakoś rozpisać tumult myśli.
- Dlaczego Komorowski tak wcześnie, jeszcze przed oficjalnym zaprzysiężeniem, wziął się za rozwiązywanie tak delikatnej sprawy, dając wyraźny sygnał, że ten znak pamięci po poprzedniku wyraźnie mu ciąży, podsuwając pożywkę dla swoich oponentów?
- Dlaczego nie nakreślono stanowczego rozwiązania tej kwestii?
1. pisemna, jasna deklaracja, że w najbliższym czasie powstanie tablica upamiętniająca (były jedynie ogólnikowe ustalenia, później podważone przez wojewódzkiego konserwatora zabytków - http://bi.gazeta.pl/im/6/8166/m8166586.pdf, i niezdementowane, co przecież mogło jakoś podjątrzyć zainteresowanych)
2. wmontowanie tymczasowej, roboczej tablicy, by chwilę później w uroczystej procesji przenieść krzyż do kościoła
3. ekspresowe zaprojektowanie niezbędnej tablicy (sarkofag wawelski dla pary prezydenckiej powstał w trzy dni) i wmurowanie go w tym samym momencie, w którym uroczyście przeniesiono by krzyż do kościoła św. Anny
Każde z tych trzech rozwiązań byłoby lepsze niż to, na które się zdecydowano. Komorowski we wczorajszym wywiadzie powiedział, że ofiary katastrofy zostaną na Krakowskim upamiętnione – dlaczego wciąż bez konkretów, które na pewno złagodziłyby obyczaje?
- Dlaczego Kaczyński podkręcał atmosferę takimi cytatami jak ten: Jeśli Bronisław Komorowski usunie krzyż spod Pałacu Prezydenckiego, będzie jasne, kim jest i po której jest stronie w różnego rodzaju sporach dotyczących polskiej historii i polskich powiązań ?
- Dlaczego nie zaproszono któregoś z przywódców tej grupki przy krzyżu do wspólnej mediacji? Pewnie byłyby to trudne rozmowy, ale powinni byli choć spróbować, szczególnie duchowni.
Być może uniknęlibyśmy wtedy takiej eskalacji emocji na Krakowskim i drugiej części tego tekstu w ogóle by nie było. I trzeba o tym związku przyczynowo-skutkowym pamiętać.
Włączyłem jeden z programów informacyjnych krótko po 13 i przez kilkanaście minut siedziałem wstrząśnięty. Nie potrafiłem wymówić słowa. Słyszałem neurotyczne krzyki, dziennikarze z zapałem wyszukiwali najbardziej fanatyczne osoby, by dostarczyć gawiedzi jak największej ilości wrażeń. Wszystko to przeplatane wyzwiskami, modlitwami, religijnymi pieśniami, gwizdami. Widziałem nienawiść katolika do księdza, który stał i patrzył, jak go opluwano i wymawiano nad nim egzorcyzmy. Ponoć jakaś pani pryskała gazem w człowieka, który wyrażał odmienne zdanie. A czy cel, nawet jeśliby przyjąć że był szlachetny, uświęca środki? Nie, nie, nie!
Nie wolno używać krzyża do tego, by dzielić ludzi, nie wolno używać krzyża do tego, by w jakimś sensie wyznaczać przestrzenie i tereny - to jest moje, a to nie jest moje. Nie wolno wreszcie używać krzyża do tego, by w jakimś sensie swoje ludzkie, nieraz pokrętne cele, osiągać przy pomocy Chrystusowego krzyża, bo byłoby to wielką instrumentalizacją tego znaku świętego, na którym Chrystus zawisł, by złożyć ofiarę za nas i za nasze grzechy. Krzyż ma prawo istnieć w przestrzeni życia publicznego a nie tylko prywatnego, ale ma oznaczać miłość, jedność, ofiarę, zbawienie i chwałę.
(abp Nycz)
Grupa ludzi nie umiejących odróżnić ewangelicznego radykalizmu od fanatyzmu religijnego.
Prawdziwymi obrońcami krzyża byli dziś wyzywani od ubeków księża.
(Szymon Hołownia na blogu; wpis ze zbyt dużą liczbą epitetów i uogólnień, Hołownia kreśli jednak kilka słusznych według mnie wniosków)
W sieci trafiłem na dwa fragmenty-komentarze z Ewangelii na temat tych wydarzeń:
- Fragment, gdy Jezus mówi o oddaniu Bogu co boskie, a cesarzowi co cesarskie.
- Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę.(Mt 6, 5)
Nie mam zamiaru oceniać, kto miał jakie intencje, to wie tylko Bóg, jednak te słowa pokazują, że modlitwa nie musi być świętością przez sam fakt wypowiadania formuł i trzeba być uważnym. I wystrzegać się obłudy, którą Jezus krytykował wielokrotnie.
Nie zgadzam się na podziały, na rozbijanie „Mistycznego Ciała Chrystusa”, jakim jest Kościół. Musimy darzyć się wzajemnym szacunkiem, nie możemy się wzajemnie odsądzać od czci i wiary – przecież nie tego uczył Jezus. Nie zgodzę się, żeby oceniano mój czy innych katolicyzm po stosunku do zachowania, w którym oprócz pobożności potrzebny był także zdrowy rozsądek. Założę się, że znalazło by się wielu, którzy zrobiliby wszystko za wiarę, jeśli byłaby taka potrzeba – tak jak współcześnie choćby w Indiach, a tutaj mają odmienne zdanie od protestujących. W tej sytuacji robi się symbolowi krzyża więcej szkody niż pożytku, banalizując go i utrwalając w wykrzywionym świetle w oczach przeciętnego Polaka. Znów nie chcę nic jednoznacznie osądzać, ale przecież po owocach ich poznacie, a ofiara i poświęcenie nie równa się cierpiętnictwu!
Mam również nadzieję, że postawa katolika nie będzie nigdy decyzją dla drugiego o odejściu z „łona Kościoła” – bo przecież wierzymy w Boga i Źródło – Słowo Boże, a nie współwyznawcę czy poszczególnego księdza.
Nie zgadzam się na to, żeby krzyż stał się orężem politycznym, choć zgadzam się z opiniami, że to zbyt duże uproszczenie, także na rękę pewnym środowiskom – powody takich a nie innych reakcji mogą być głębsze, choćby chęć manifestu udziału w sprawach publicznych czy przekonanie o słuszności takiej postawy dla katolika. I nie podoba mi się sytuacja, w której ktoś z przekazu telewizyjnego jednoznacznie mówi o intencjach ludzi, których pierwszy raz widzi na oczy.
Na marginesie: Lider opozycji zajmuje się krzyżem dopiero wtedy, gdy chodzi o upamiętnienie tragicznej śmierci jego brata i innych ofiar katastrofy smoleńskiej (…) – mimo że w sprawie obrony krzyża w Europie nie kiwnął palcem. Jak to się dzieje?(red. Paweł Milcarek, „Christianitas”). To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, by w polityce zacząć ufać tym, dla których waga wypowiadanych słów coś znaczy, a bycie katolikiem ma praktyczne przełożenie, choćby przez obronę krzyży w ETPCz – w tej batalii, która ma rzeczywiste znaczenie.
Pada za dużo cierpkich słów także wśród przeciwników tej obrony krzyża (szczególnie ze strony duchownych nie oczekuję gimnastyki słowotwórczej, a bezpośredniej próby rozwiązania tej sytuacji). Z innej strony ugryzł to red. Paweł Lisicki: Do takich akcji jak straż przy krzyżu lgną ludzi egzaltowani, bardzo ideowi, a czasami rozedrgani emocjonalnie. Ale tacy sami ludzie angażują się w „manify feministek”, walkę o klub Le Madame, obronę Doliny Rospudy i homoparady. Nieco ponad trzy miesiące temu widzieliśmy równie rozemocjonowanych ludzi na demonstracjach przeciw pochówkowi Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Ale tylko obrońców krzyża opisuje się jako groźną bandę szaleńców, którym nie przysługują jakiekolwiek względy.I nie zgadzam się, żeby zachowanie pewnej grupki katolików miało dawać placet gówniarzom i prowokatorom, którzy ironizują, podpuszczają starsze panie i przynoszą krzyż z puszek po „Lechu”. Ci ludzie spod krzyża mogą się mylić, ale zapewne w większości robią to z przekonania i dla idei, i stawiam taką postawę zdecydowanie wyżej niż szukanie taniej rozrywki.
Trzeba też być uważnym w mowie, bo za słuszne uważam słowa, że „miejsce TEGO krzyża jest w kościele”, ale nie każdego krzyża, który wisi czy stoi w przestrzeni publicznej. Tego się właśnie obawiam: że przez zbanalizowanie krzyża dojdzie do bagatelizowania jego obrony tam, gdzie jest wskazana. A doświadczenia z krajów zachodnich i nowa, agresywnie laicyzacyjna retoryka SLD, pokazują, że za chwile możemy mieć spory o krzyż na Giewoncie czy na dziedzińcu jakiegoś gimnazjum.(Piotr Semka) I wtedy właśnie potrzebne mogą być najwyższe przerzutki wiary, a boję się, że część pedałujących będzie już na bezdechu. A kolarz na bezdechu zdoła wrócić do sił tylko w zwartym peletonie.
(wpis opublikowany także na www.makarios.blog.onet.pl)


